środa, 15 kwietnia 2015

Marcin Brzostowski - nowe mini-powieści

Nie wiem czy znacie to uczucie, kiedy bardzo chcecie coś zrobić a nie możecie, z najróżniejszych powodów? Mnie zdarzyło się to niedawno, kiedy zachorowałem i to tym obrzydliwym sposobem, kiedy człowiek nie może nawet utrzymać książki w rękach, co dla mnie okazało się prawdziwą katastrofą a do tego oczy potwornie mnie bolały, więc nie było mowy o czytaniu. A dokładnie przed chorobą Marcin Brzostowski postanowił sobie wyrzucić na świat swoje dwie nowe mini-powieści. Człowiekowi ręce opadają. Nie że Marcin wydał, ale że akurat w tym nieodpowiednim dla mnie czasie. Czemu? Bo aż paliłem się do przeczytania. Na szczęście jakoś nie umarłem, więc nie pozostawało mi nic innego jak rzucić się na nowe książki, które zakupiłem w rewelacyjnej cenie.
„Mroczna tajemnica sgt. Adeli White” oraz „Wirujący sztylet hiszpańskiej kusicielki” to świetne opowieści traktujące o znanych nam już z wcześniejszych publikacji autora bohaterach, których bardzo polubiłem. W obu przypadkach rozwiązujemy zagadki kradzionego pierścionka oraz śmierci przedsiębiorcy budowlanego. Jak się to potoczy i o co tam chodzi, jak zwykle nie napiszę, czytelnik powinien mieć szansę dowiedzieć się tego sam.
Już od samego początku robi się ”miło” ponieważ ponownie możemy obcować z Franco Fogiem. Tymczasem jak tylko powieści zaczynają się rozkręcać, zastanawiamy się, co dokładnie zdarzy się na końcu bo książki są tak krótkie, że potrzeba tutaj specjalnego warsztatu literackiego w postaci umiejętności Brzostowskiego, aby się udało wciągnąć czytelnika. Tylko on potrafi pisać takie historyjki, więc koniec jest nie tylko śmieszny, ale również śmieszniejszy niż nam się może wydawać. Kiedy tajemnice wychodzą na jaw, czytelnik musi się roześmiać, tak po prostu.
         Dopisać mogę jeszcze tylko to, że powieśći doskonale dopełniają poprzednie książki pisarza i jego stałych czytelników na pewno ucieszą.
Książki polecam oczywiście jak najbardziej. Nie zabierają wiele czasu na czytanie, nie męczą, mają świetne okładki więc pasują do ostatnich wydań tego autora, cena jest jak wiadomo bombowa, więc to nawet żaden wydatek i można się pośmiać, czyli książki mogą być również brane jako lekartwo na chorobę. Mnie się podobało.
Chyba jedynym minusem jest to, że powieści są krótkie, ale z drugiej strony nawet to dla niektórych czytelników może być plusem, nie wszyscy przecież rzucają się na ksiażki, które potem czytają tygodniami, zapominając co było na początku. Tutaj nie zapomnimy.

poniedziałek, 2 marca 2015

Wichrowe wzgórza - potęga nieskończona.



Wichorwe wzgórza czytałem po raz pierwszy jakieś dwadzieścia lat temu. Zafascynowany książką „Jane Eyre”, sięgnąłem po kolejną pozycję, aczkolwiek napisaną (może) przez drugą siostrę, Emily. Sława „Wichrowych wzgórz” jest tak wielka i niesie się po świecie od tak dawna, że ja, będąc dzieckiem i słysząc tylko nazwę samej książki, poczułem jak w mojej duszy rozpala się żar pragnienia i chęć jej nie tylko przeczytania ale również posiadania. Nie wiedziałem wtedy czym są „Wichrowe wzgórza”, ale czułem, że muszę je mieć!

Jak tylko zacząłem czytać (po 20 latach), stało się nieuniknione: zarysy realnego świata natychmiast zaczęły blednąć  a ja jako jedyna z niewidzialnych osób rozgrywającego się tejemniczego i niezrozumiałego dramatu w Wutering highes, wtopiłem się w nowe tło, próbując szerokimi oczami wyobraźni zobaczyć jak najwięcej i wchłonąć w siebie atmosferę niezwykłego miejsca. Czytając widzę pana Lockwooda, opisującego swoje pierwsze spotkanie z Wuthering highes, widzę Heatclifa i naprawdę czuję jak wieje ten nieustający wiatr.
O czym opowiada książka? Historię chyba wszyscy znają, jeżeli nie ze szkoły, to na pewno z filmów, których było już nakręconych naprawdę sporo. Wydaje mi się, że nie może być na świecie osoby, która nie wiedziałaby że książka opwiada o niezwykle silnej miłości dwóch różnych od siebie ludzi, kótrych miłość była tak wielka, że nie potrafiła ich rozdzielić nawet śmierć.

Miłość bohaterów ma w sobie swego rodzaju czar, bo przecież każdy chciałby kiedyś tak szatańsko kochać, albo przynajmniej na chwilę być tak kochanym. Aczkolwiek miłość ta była tak silna, że okazała się brutalna i ciemna, to jednak nie mogłaby być inna i bardziej piękniejsza. Bo tutaj granica między dobrem a złem zaciera się, tak samo jak między żywymi i umarłymi.

Czytając książkę po raz pierwszy... no cóż, aczkolwiek zafascynowała mnie, nie byłem w stanie docenić jej wielkości i wyjątkowości. Musiały minąć lata. Dopiero teraz wiem co to naprawdę znaczy i nie ma się czemu dziwić, przecież zdążyłem dorosnąć, poznałem smak miłości, zdrady i tego wszystkiego co zmusza ludzi do zachowań o których nawet nigdy nie śnili. Niestety do wszystkiego się dorasta, co oczywiście jest zupełnie normalne, tak samo jak normalnym może być to, że jedna osoba nie może żyć bez drugiej.

Często nie mogłem powstrzymać się by powieści tej nie przyrównywać do „Damy kameliowej”, która jest równie niezwykła, jak ta. I tam przecież miłość przerasta wszystko, nawet racjonalne myślenie i nakazuje opuszczonemu kochankowi zrobić rzeczy, których normalny śmiertelnik nie byłby w stanie uczynić. 

Oczywiście tamta ksiażka jest zupełnie inna, ale równie fascynująca i ponadczasowa.

Przez dwadzieścia lat zastanawiam się kim była osoba która napisała coś takiego? Szukam różnych odpowiedzi, czytam wszystkie biografie i moja głowa nie jest w stanie znaleźć bardziej odpowiadającego słowa: Geniusz. Jeżeli prawdą mogłoby się okazać, że książkę napisała sama Charlotta, może nawet we współpracy ze swoim bratem Branwellem, nie byłbym zdziwiony, ponieważ znam jej talent pisarski i wiem, że gdyby ktoś miał napisać arcydzieło litaratury światowej, to tylko ona. Geniusz i nie-człowiek w ludzkiej, niepozornej skórze.

„Wichorwe wzgórza” są ponadczasowe i takie już zostaną. Jestem wdzięczny za życie, które umożliwiło mi poznanie talentu Bronte i wyobrażam sobie jak niepełne musiało być życie ludzi, którzy nie zetknęli się z tą doskonałą literaturą. Żal mi ich.

Żałuję też, że w dzisiejszych czasach nie pisze się już takich książek, ponieważ właśnie te powieści pozostają w nas na zawsze i wypalają w naszych sercach znamiona, których nie da się wyleczyć inaczej niż czytaniem raz za razem tej samej historii, gdzie ciągle i na nowo, jak dziecko będziemy się mogli zachwycać czymś nowym i nieodkrytym.

Dziękuję też sam od siebie Wydawnictwu MG, (które miesiącami atakowałem pytaniami o wydanie w twardej oprawie), że wydali tę książkę w tak wspaniałym przekładzie pana Piotra Grzesika. Właśnie to tłumaczenie rozciągnęło nad książką ten właściwy i jedyny w swoim rodzaju czar.

Jak dla mnie, kto nie czytał „Wichrowych wzgórz”, ten po prostu jeszcze nie żył...

PS. Będąc jakiś czas temu w miejscu zwanym Divoka sarka, w Czechach, niedaleko samego centrum, sam znalazłem kawałek takich wichorwych wzgórz. Jest to przepiękne miejsce, gdzie również można znaleźć wrzosy i siedząc tam, starając się ukryć przed wiatrem, rozglądam się wokół czy gdzieś nie zobaczę Heatclifa i Katy. Nie ma ich, ale w mojej głowie słyszę ich śmiech...


piątek, 18 lipca 2014

Dzień dobry, Prago!

Dzisiejszego ranka, jak to mam już w zwyczaju, udałem się ze swoim kolegą Jacquesem na basen. Przeszedłem pieszo minutę drogi (mieszkamy obok siebie) i czekając aż wyjdzie z kamienicy, przypadkiem spojrzałem na domofon. W oczy rzuciły mi się dwa nazwiska. Otóż mieszka tam Einstein i pani Fiutowska. Einsteina jeszcze jakoś przetrawiłem, ale Fiutowska przyprawiła mnie o wybuch śmiechu. Jeżeli brać pod uwagę to, że nazwisko dziedziczy się po ojcu, czy też mężu, a ojciec ten bądź mąż po swoim ojcu, a ich ojciec po, wiadomo jak to biega, to czym właściwie, pierwszy pan Fiutowski oczywiście, zajmował się w czasach powstawania nazwiska? Odpowiedź jakoś sama się narzuca... ale może to tylko moje skojarzenie.
Przywitaliśmy się. Wsiedliśmy do auta. Jacques zmęczony. Ja też. On poszedł spać przed 23, ja o 2 nad ranem...

Jedziemy. Praga piękna. Słońce świeci mocno. Wszędzie budzi się życie a budzi się już od wcześniejszych godzin, z tym że jeszcze w momencie kiedy jedziemy my, nie jest tak do końca obudzona... Czasami ludzie pytają mnie, dlaczego Praga? Czemu właśnie tu mieszkam? Odpowiedź jest tylko jedna: przyjedź sam, wstań rano i przejdź się po mieście. Albo też naprawdę późnym wieczorem. To miasto jest magiczne i nie może być inaczej. Więc jak tu nie mieszkać?

Tymczasem dojeżdżamy przed basen Podolí. Trzeba będzie zaparkować. Jacques zapomina skręcić w odpowiednią uliczkę, więc teraz należy trochę się pokręcić inną drogą. Zbliżamy się do parkingu ale od strony zakazu wjazdu. Nie da się wjechać, objeżdżać za długo by było. Manewruje autem, ustawia go tyłem i cofa w stronę zakazu. Na parkingu jakoś dużo dziś samochodów, żeby zaparkować trzeba cofać dalej. Nagle przed nami pojawia się śmieciarka. Oni nie mogą jechać do przodu, my chcemy jechać do tyłu. Więc nikt nie może. Kolejne manewrowanie autem, kręcenie, wpychanie na siłę pojazdu w szczelinę, gdzie nawet ja bym się nie zmieścił. Auto cudowanie się wpycha. Pan od śmieci wygraża, pluje się, krzyczy i kręci głową. Kretyn, kretyn, słuchać. Komiczna sytuacja. Co mi pozostaje, śmieję się a tuż obok mnie kolega wykrzykuje słowa pod adresem Śmieciarza Nie umiem francuskiego ale słowo Merde!, doskonale jest mi znane. Śmieję się jeszcze bardziej. Lubię takie sytuacje, co mam na to poradzić. Śmieciarka odjeżdża, my wyjeżdżamy, cofamy i wreszcie parkujemy.

Poprzednim razem Jacques zapomniał na basenie ręcznika, potem czapki, kluczy... czego dziś zapomni? Tylko żelu pod prysznic, jak się okazuje. Nie szkodzi, pożyczam mu bez problemu. Pod prysznicem kolejna komiczna sytuacja, ponieważ nagi kolega sięga po kąpielówki i oczywiście już je chce ubierać, kiedy facet obok niego wykrzykuje, że to jego majty. Krzyczy przy tym tak głośno, że wszyscy patrzą. To się nie można pomylić? I tak po ranu? Bez uśmiechu? Bez humoru? No to przynajmniej ja się zaśmieję.
„Czesi są jacyś nieprzyjemni, nie?” pyta mnie Jacques.
Śmieję się. „No są” odpowiadam, bo co tu więcej dodawać. Co poradzić?

Wychodzimy na zewnątrz, całkiem ciepło, ale woda tak jakby zimna za bardzo, 25 stopni. Wskakuję od razu, bo jak nie wskoczę, to będę tam stał i dziesięć minut będę najpierw zapoznawał z wodą swój palec u nogi, kolejne dziesięć całą stopę, potem odważę się wejść po kolana, następnie do pasa a kiedy już wreszcie wskoczę (nie znoszę wody poniżej stu stopni) to okaże się, że kończy się nam czas i trzeba wychodzić. Pływamy sobie. Ostatnim razem Jacques udawał w wodzie trupa po przepłynięciu dziesięciu basenów, co dziś? Dziś nie udaje. Dziś tylko unosi się przez chwilę na wodzie. Jakaś pani krzyczy do swojej córki, czy ją słyszała, Jacques krzyczy że tak, że on ją przecież słyszy. Śmieję się. Pani nie wie co to uśmiech. Na szczęście wszystko przebiega już w porządku.

W drodze powrotnej postanawiamy znaleźć w centrum (Národní třída) nową piekarnię. Aby tam dojechać wleczemy się autem, ponieważ Praga zaczyna już być zawalona samochodami. W każdym samochodzie jedna elegancko ubrana dupa (żeńska i męska). Maklerzy, dyrektorzy i kto wie co tam za dziwności jeszcze. Muszą jechać autem, nie przeszkadza im że czekają po pół godziny na każdym świetle, oni przecież metrem i tramwajem nie pojadą. Tak jeżdżą biedni. Każdego kopnąłbym w cztery litery za to, ale cóż świat się nie zmieni i ludzie też nie.

Znajdujemy piekarnię, ale nie znajdujemy parkingu bo wszędzie pełno. Trzeba zakręcić, może z drugiej strony. Ale z drugiej też nie. Tymczasem przed nami auto z panią na górze podlewającą wiszące przy drodze kwiaty. Ona podlewa. My czekamy. Ale fajna praca, myślę sobie, też bym mógł to robić. Podlewać kwiatki. Auto odjeżdża parę metrów i się zatrzymuje, my to samo. A pani sobie podlewa. Ktoś trąbi za nami, trzeba gdzieś skręcić. Jedyna możliwość obok lejącej pani wodę z beczki. Podjeżdżamy. Woda jak nie chluśnie nam do środka auta. Wszystko mokre. Pani stoi dwa metry nad nami i z góry wykrzykuje, że debile, że głupi, wariaci, że co za pomysły mamy podjeżdżać tak blisko gdy ona leje... no to odjeżdżamy. Nagle widzimy trochę wolnego miejsca. Już! Stoimy. Wysiadamy. Podchodzi starsza pani, nie wiadomo skąd się pojawiła, jak widmo. „Czy panowie przyjechali na budowę?”. Rozglądamy się, rzeczywiście coś się buduje. Piekarnia przed nami, parę kroków. Mówimy, że nie, my tylko po pieczywo i spadamy. Ale nie możemy tam stać, bo co gdyby jej teraz tam auto na budowę przyjechało? Śmieję się. Pani nieprzyjemna nie wie co to uśmiech. Jacques wykrzykuje swoje „Merde!”. Mówimy że tylko na minutę. Nie ma szans. Tam proszę jechać, dziesięć metrów dalej można się zatrzymać, tu nie. Śmieję się. Jacques przeklina po francusku. Wsiada, trzaska drzwiami, parkuje kawałek dalej. Pani siada uspokojona. My idziemy wreszcie do nowej piekarni. Kupujemy pyszne bułki z żurawiną, croissanty z masłem i z czekoladą. Już z daleka widać, że będą pyszne, ale drogie, więc nie ma się czemu dziwić. Wracamy do auta, ignorując panią. Oczywiście żaden pojazd nie pojawił się w naszym wcześniejszym miejscu zatrzymania. Odjeżdżamy. Tam ktoś trąbi. Na nas? Chyba nie, zresztą wszystko jedno. Na szczęście udaje nam się dojechać do domu. Wjeżdżamy windą na czwarte piętro kamienicy, schodami wchodzimy na piąte. Robi się kawa, świeży sok z pomarańczy z nieświeżej sokowirówki i zanosimy wszystko na ogromy taras, skąd mam Pragę jak na dłoni. Jemy, pijemy, słońce świeci, przed oczami Zamek na Hradczanach i cały Žižkov, gdzie mieszkamy. Żyć nie umierać.
Dzień dobry, Prago. To miasto jest takie piękne, ale ludzie nie potrafią pięknie żyć, niestety. Czy jeden uśmiech naprawdę kosztuje tak wiele? Czy to już nie można chwilę poczekać, przepuścić kogoś, wyjść komuś naprzeciw i po prostu być dla człowieka człowiekiem?

Dlaczego nie możemy dziękować Bogu za to że żyjemy każdego dnia? Że się budzimy i funkcjonujemy? Że mamy ręce? Że mamy oczy i widzimy słońce? Drugiego człowieka? Może fajnie by było czasem uczcić życie i Boga, który przecież jest również w nas, poprzez sympatię dla drugiego człowieka?
To by było na tyle. Zainteresowanych zapraszam na dzisiejszy chat ze mną. Informacje na facebooku.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Nowa książka - "Na złość" - Andrzej F. Paczkowski

Witam,

niedawno w sieci pojawiła się moja nowa książka "Na złość"

Jeżeli ktoś będzie zainteresowany jak zakończy się historia kobiety robiącej mężowi na złość, zajmując się kaczkami, zapraszam na stronę: http://www.e-bookowo.pl/proza/na-zlosc.html



Opis książki:
„Na złość“ to historia zwykłej rodziny mieszkającej na jednej z polskich wsi na Śląsku. Matka rodziny jest osobą, wokół której musi kręcić się domowy świat. Komenderuje mężem i aby zrobić mu na złość, zajmuje się... kaczkami, których on nie znosi. Lubi też sięgnąć po kieliszek. Pewnego dnia mąż ma już dosyć bycia poniewieranym.

Całej sytuacji rodzinnej przygląda się główna bohaterka, Wiesia, kryjąca w sobie swoją wielką tajemnicę.

Jej siostra Julka ma dwie lewe ręce i stroni od pracy jak diabeł od święconej wody.

Pewnego dnia ukochany syn matki Adrian, jak dotąd spokojny i bezkonfliktowy, przyprowadza do domu swoją dziewczynę Iwonkę, do której matka od razu zapała odwzajemnioną nienawiścią.

Jak zareaguje matka na wieść o ślubie swojego syna i czy znajdzie język z rodziną Iwonki? Czy ojcu uda się wreszcie postawić na swoim i pójść swoją drogą? Co się stanie kiedy wyjdzie na świat sekret Wiesi? I czy matka wreszcie zrozumie, że jeżeli robi komuś na złość, tak naprawdę najwięcej ucierpi na tym ona sama?

środa, 28 maja 2014

Poszukuję recenzenta mojej książki!

Witam wszystkie książkowe mole,

poszukuję kilku śmiałków, którym nie przeszkadza czytanie e-booków a którzy zechcą w zamian za recenzję przeczytać moją książkę. Jedynym wymogiem jest posiadanie bloga na którym osoby te zamieszczą swoje wrażenia.

Jeżeli znajdzie się zainteresowany "Ktoś", proszę o kontakt na:

dejmones@gmail.com

Czekają trzy książki, które proszą się o recenzję!

Tajemnica latarni morskiej
Teraz rozumiem swoją matkę
Ta głupia


tymczasem pozdrawiam


Andrzej F. Paczkowski

piątek, 23 maja 2014

Pozytywnie nieobliczalni - Marcin Brzostowski

Osoby które mnie już znają, wiedzą doskonale, że jestem fanem twórczości Marcina Brzostowskiego, więc nie powinno być dla nikogo zdziwieniem, że nie zapominam tego wspomnieć w każdej recenzji jego książki. Kiedy pojawia się coś nowego, rzucam się na to jak sęp i nie przeszkadza mi nawet czytanie w komputerze (nadal nie mam czytnika!).

Pozytywnie nieobliczalni” – to powieść, której główny bohater, młody prawnik, zderza się z bezwzględnym światem korporacji i szybko odkrywa, że w jego życiu wciąż na pierwszym miejscu znajdują się młodzieńcze ideały. Będzie zmuszony dokonać wyboru pomiędzy zawodowym prestiżem i pieniędzmi, a wiernością własnym przekonaniom.

Do książki podchodziłem z wielką uwagą, chyba największą jak dotychczas jeżeli chodzi o tego autora, ponieważ książka ta należy do książek wyjątkowych: w roku 2002 autor za jej sprawą debiutował.

Zanim dorwałem się do czytania, skontaktowałem się z Marcinem Brzostowskim i dowiedziałem się, że będzie to coś innego. Moja ciekawość więc wzrosła. Mówię sobie dobra, niech będzie. Nawet jeśli to ewangelia w jego wykonaniu, przeczytać trzeba.

Już w pierwszym zdaniu uśmiechnąłem się do komputera szeroko a to dlatego, że częściowo przypomniała mi się moja książka, dzięki której również debiutowałem parę lat temu „Bo moje siostry”. Więc duży plus. I wielka chęć na więcej.

Czytam. Ze strony na stronę robi się coraz ciekawiej. Książka jest dojrzała, bardzo dobrze napisana i czyta się ją, jak inne pozycje pisarza, jednym tchem.

Wielkim walorem książki jest jej okładka. Jak dla mnie po prostu bombowa. Facet który ją zrobił zasłużył sobie na ukłony i brawa. Okładka przykuwa wzrok i sprawia, że czytelnikowi leci ślina na samą myśl, jaka może być zawartość książki.

Oczywiście zdarzało się, że okładka książki była sympatyczna a sama zawartość powieści wiała nudą. Tutaj mamy spotkanie z yin i yang: okładka odpowiada zawartości i obie doskonale się rozumieją i wypełniają.

Chyba jedynym minusem tej książki (pozytywnym) jest to, że kiedy zacznie czytelnik czytać, nie potrafi się od niej oderwać.

Co mnie bardzo dziwi, to to, że tacy dobrzy autorzy jak Brzostowski, nie zyskują szturmem rynku wydawniczego. Jego pisanie jest świeże i lekkie, wyraźnie widać że sam autor posiada świetny talent i rękę do pisania, jak również ma bardzo bystre oko, pozwalające mu obserwować świat i ludzi w tak ciekawy sposób, aby później doskonale przelać pewne ich zachowania na papier. Brzostowski podchodzi w swoich książkach do świata z dystansem i serwuje nam porcję humoru, do którego ma wielki talent.

W książce bardzo wyraźny jest wyjątkowy styl autora. Czytając ją czuję się jakbym był z nim na piwie i sam brał udział w wydarzeniach. Jest to kawał dobrej literatury w męskim wydaniu i może dlatego polecam nie tylko płci męskiej, ale przede wszystkim kobietom, aby mogły spojrzeć na świat oczami faceta i dobrze się czasem zaśmiać.
Kiedy ostatnio czytałem jedną książkę Grocholi, pisaną okiem faceta, trzeba powiedzieć że choć była bardzo dobra, to jednak wyczuwało się, że pisała kobieta. A dlaczego? Bo czasem zabrakło tego wyrazistego, soczystego języka a to przecież w męskim świecie jest na porządku dziennym (w moim w każdym razie na pewno tak jest). Jeśli Grochola serwuje nam świetnie usmażonego kotleta, to Brzostowski serwuje nam wielgaśne golonko na piwie. 
 
Tę książkę można porównać również do pączka z pysznym nadzieniem różanym. Wyobraź sobie, że jesteś gruby jak beczka i mówisz sobie, zjem tylko kawałek. Ale nie udaje ci się, odgryzasz kolejny kęs, aż wreszcie dziwisz się, że pączka gdzieś wcięło. Od książki nie sposób się oderwać i jak z pączkiem, dziwimy się, że to już koniec, bo przecież chcemy więcej. Nie pozostaje nic innego niż czekać na kolejną pozycję Brzostowskiego.
Nie rozpisywałem się o samym przebiegu opisanej historii, bo nie chciałem zdradzać jej zawartości. Książka jest warta przeczytania!

Marcin, PKP (zrozumieją ci co przeczytają).

Andrzej F. Paczkowski

czwartek, 22 maja 2014

Ta głupia - Premiera mojej nowej książki


Wczoraj był szczególny dzień, ponieważ ukazała się moja nowa książka „Ta głupia”. Na początek dostępny jest w sprzedaży e-book, ale książka papierowa również pojawi się na świecie za parę dni.

O książce:

W domu Maryśka jest wykorzystywana do każdej pracy. Rodzice piją a starszy brat nawet nie kiwnie palcem, żeby jej pomóc. Musi się uczyć i dodatkowo opiekować młodszą siostrą. Każdego dnia wódka pojawia się na stole. Wieczorami odwiedza ich ciocia Róża, która dotrzymuje rodzicom kroku.
W domu obok mieszka Irenka, koleżanka Marysi, dzięki której dziewczyna poznaje świat literatury. Irena pochodzi z bogatej rodziny. Choć bardzo się lubią, różnią się od siebie i każdą czeka inny los.
Z drugiej strony domu mieszka sąsiadka pani Werka, wraz ze swym niepełnosprawnym synem Waldusiem. Pani Werka toczy wojnę z matką Maryśki a jednocześnie sama przeżywa swoje problemy.
Maryśka zakochuje się do chłopaka z klasy i dzięki niemu jej życie zaczyna się zmieniać.
W pewnym momencie rodzice wpadną na pomysł otwarcia baru. Wtedy dopiero wszystko ulegnie zmianie i dojdzie do nieoczekiwanej sytuacji, dzięki której dziewczyna odnajdzie swoją babcię i dowie się o problemach, jakie ją poróżniły z matką.

Czy Marysi uda się przetrwać, nawet wtedy kiedy przyjdzie jej odejść z domu? Czy jej matka już nigdy się nie zmieni? Jaki los ją czeka i czy ktoś pokocha kiedyś głupią dziewczynę ze wsi?

Mam nadzieję, że książka się spodoba.